AURIVIA - Mleczko pszczele trutowe

Wróble, baby-boom i trutnie.

Scroll down for the English version → 

Wszystko przez te wróble, którym dawaliśmy resztki po trutowych plastrach miodu. No i przez warrozę.

Tak, wiem, trochę niezrozumiale to brzmi, ale obiecuję, że za chwilę wszystko się wyjaśni.

Odkąd pracuję we własnej (to znaczy wspólnej z mężem) pasiece, czyli od 25 lat, podziwiałam naturę za jej cud stworzenia, cud bogactwa i cud różnorodności. Począwszy od zaprogramowanych na pracę pszczół, a skończywszy na badaniach mleczka pszczelego na Uniwersytecie Rzeszowskim.

No bo powiedzcie sami, jak tu nie podziwiać natury, która z pomocą owadów i roślin tworzy takie cuda jak miód, pierzga, propolis, mleczko pszczele, pyłek pszczeli, wosk, jad pszczeli, zasklep miodowy, larwy trutni czy nalewkę z motylicy (ta ostatnia powstaje przy wydatnej pomocy człowieka).

Jak nie podziwiać tego całego bogactwa z którego korzystamy na co dzień i które wspiera nasze zdrowie?

Nic tylko korzystać!

Ale korzystać świadomie! Dlatego, od kilku lat zajmuję się w pasiece badaniem tego wszystkiego co wytwarzają pszczoły i co możemy wykorzystać dla własnego zdrowia i lepszego samopoczucia. Nie sama, ale wspólnie z naukowcami z Uniwersytetu Rzeszowskiego i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. 

Bo warto wiedzieć więcej, warto badać, warto szukać, co jeszcze ciekawego natura wspólnie z pszczołami dla nas stworzyła i jak możemy świadomie i z korzyścią z tego bogactwa korzystać.

I tu pojawia się warroza i wróble.

Zaczęło się od tego, że wspólnie z mężem dążyliśmy do tego, żeby wyeliminować z pasieki nadmiar chemii i lekarstw podawanych pszczołom, żeby nie chorowały i żeby pozbyć się szkodnika niszczącego ule czyli warrozy, choroby powodowanej przez gatunek kleszcza żerującego na pszczelich larwach. Szukaliśmy sposobu na to, żeby pszczoły nie chorowały i jednocześnie żeby nasze produkty były wolne od zbędnych zanieczyszczeń. Zaczęliśmy walkę z warrozą od mechanicznego usuwania z uli całych i zdrowych i zarażonych ramek z czerwiem trutowym, który pasożyty upodobały sobie najbardziej. Głównie dlatego, że komórki z larwami trutni i mleczkiem pszczelim są stosunkowo długo otwarte przed ich zasklepieniem (czyli zamknięciem woskowym wieczkiem przez pszczoły), przez co są bardziej narażone na chorobę.

Co robiliśmy z zawartością usuwanych ramek? oddawaliśmy je naturze. Czyli mówiąc wprost, wyrzucaliśmy razem z innymi domowymi odpadami biologicznymi do kompostownika, którym mało kto się później interesował.

Niemniej ktoś się jednak zainteresował. I nie dość, że się zainteresował, to jeszcze zaczął korzystać…

… i były to wróble!

Sąsiedzi nam na to zwrócili uwagę! 

– co tak dużo wróbli u was???

Faktycznie, sporo ich było, i z miesiąca na miesiąc, z roku na rok było ich coraz więcej. Jak my tego nie zauważyliśmy? Szczególnie, że wróble były faktycznie wyjątkowo liczne i nad wyraz tłuściutkie.

Zaczęliśmy śledztwo w wyniku którego doszliśmy do kompostownika i czerwiu trutowego, który u wróblich rodzin wzbudzał największe zainteresowanie. Powiedziałabym, że nawet pewną euforię.  

Poobserwowaliśmy uważnie całe zamieszanie i doszliśmy do wniosku, że coś jest w tym czerwiu trutowym i w trutowym mleczku pszczelim. Coś co działa na tyle skutecznie na wróble, że zmieniły one swoje nawyki żywieniowe i znacznie poprawiły swój dobrostan. Nawet mnożyć się zaczęły bardziej.

Wróbli baby-boom mieliśmy!

Zaskakująco zadziałała tu natura i stwierdziłam, że warto się temu przyjrzeć. Warto zbadać fenomen czegoś, co naszym zdaniem było tylko odpadem.  

Dalej już była tylko kwestia pewnej konsekwencji działania. Opowiedzieliśmy o naszych obserwacjach naszej znajomej pani profesor z Uniwersytetu Rzeszowskiego, a ta nie zastanawiając się długo stwierdziła, że musimy to zbadać!

I ruszyliśmy z badaniami!

Na początku ostrożnie. Bez wielkich oczekiwań, za to z ogromną ciekawością i pokorą wobec natury. Próbki czerwiu trutowego i trutowego mleczka pszczelego trafiły do laboratorium.

To, co chcieliśmy sprawdzić, to nie tylko wartości odżywcze, ale też skład biochemiczny. Wszystko co dało się sprawdzić w laboratorium! Interesowało nas też, jak zachowuje się ten materiał w czasie, czyli czy da się go utrwalić bez utraty właściwości.

I wiecie co?

Okazało się, że w tych niby niepotrzebnych, odrzucanych komórkach z trutniami i mleczkiem trutowym kryje się… życie. W najczystszej, najbogatszej i najbardziej energetycznej formie.

Zawartość biologiczna tego, co kiedyś trafiało do kompostownika, okazała się być jak wielki skarbiec natury. Pełen wysokiej jakości, pełnowartościowych białek, naturalnych mikrodawek hormonów (testosteronu, progesteronu, estradiolu), enzymów, acetylocholiny, która wpływa na układ nerwowy, kwasów tłuszczowych i jeszcze całej gamy witamin z grupy B oraz mikroelementów (magnezu, cynku, żelaza, miedzi, manganu…)

Czy to był przypadek?

A może to była instrukcja?

Instrukcja od natury, jak stworzyć coś, co realnie wspiera nie tylko wróbli organizm ale i ludzki. I nie tylko w kontekście „więcej energii”. Tylko realnie, na poziomie regeneracji komórek i organizmu, odporności, funkcji poznawczych, równowagi hormonalnej i witalności.

I im dłużej badaliśmy, im dokładniej i im głębiej sięgaliśmy, tym mocniej czuliśmy, że trzymamy w rękach coś wyjątkowego. Coś, co trzeba potraktować z najwyższą troską. I nie „przerobić”, nie „uzupełnić”, nie „wzbogacić”, ale ocalić w jak najczystszej formie!

Wiele prób było, kilka ładnych lat minęło. Nie raz chcieliśmy się poddać, bo efekt naszych prac nas nie zadowalał. Nie chcieliśmy zrobić ubogiego erzacu tylko zachować wszystko co natura stworzyła.

Kłopot w tym, że mleczko pszczele trutowe to substancja aktywna biologicznie i wyjątkowo wrażliwa na temperaturę, światło tlen i wilgoć. Próbowaliśmy prawie wszystkiego. Suszenia rozpyłowego i zamrażania i liofilizacji. Tylko mieszania z konserwantami i stabilizatorami nie próbowaliśmy odrzucając tą metodę już na samym starcie.    

I chyba warto było zaczekać, nie poddawać się i próbować dalej.  

Wybraliśmy najdroższą ale i naszym zdaniem najlepszą metodę liofilizacji w ściśle okreslonych (i sprawdzonych w wielu próbach) parametrach: temperatury, ciśnienia, wilgotności, bez dostępu światła. Nasza metoda pozwoliła nam zachować wartość mleczka bez dodawania żadnych konserwantów.

Z cierpliwości, uporu i konsekwencji powstała nasza autorska technologia LioPureX™, która pozwoliła nam zrobić produkt bez kompromisów.

I tak po kilku latach prób i kilku miesięcy wymyślania nazwy powstała Aurivia.

Nazwa, która łączy w sobie światło, życie, odwagę i naturę. I marka, która nie obiecuje cudów, tylko opowiada o nich z pokorą. Bo one już istnieją. W ulu. W pracy pszczół. W zaufaniu do tego co stworzyła natura.

I przyznam się Wam na koniec, że Aurivia to nie mój pomysł. To nie jest mój sukces. To efekt przypadku, ciekawości i zaufania do intuicji. Wsparcia wielu osób i ich uporu. To efekt wróbli, które postarały się, żeby pokazać nam że mamy coś wyjątkowego. To również efekt nauki, która (gdy tylko się jej zaufa) potrafi przekuć obserwację w konkret, badanie w dowód, a ideę w realne wsparcie dla zdrowia.

A więc: czy to przypadek, czy nauka?
Moim zdaniem jedno i drugie. Bo cud zaczyna się wtedy, kiedy przypadek spotyka uważność. A z tego spotkania może narodzić się coś, co działa.

I działa z sensem.
Naturalnie.
Na serio.

Sparrows, baby boom, and drones

It all started with the sparrows, to whom we gave leftovers from drone honeycombs. And with varroa.

Yes, I know, that sounds a bit strange, but I promise it will all make sense in a moment.

Ever since I began working in my own apiary (together with my husband) 25 years ago, I’ve been in awe of nature, its miracles of creation, of abundance, of diversity. From the tireless work of bees, to the research on royal jelly conducted at the University of Rzeszów.

Tell me, how can you not marvel at nature, which, with the help of insects and plants, creates treasures like honey, bee bread, propolis, royal jelly, pollen, beeswax, bee venom, honey cappings, drone larvae, or even tincture from wax moth (the last one, admittedly, with a little human help).

How can we not admire this wealth that we benefit from every day, which supports our health?

Nothing to do but enjoy it!

But, to enjoy it consciously. That’s why, for several years now, I’ve been working in the apiary not just to produce, but to study everything bees create and to explore how we can use it for our health and wellbeing. Not alone, but together with researchers from the University of Rzeszów and Warsaw University of Life Sciences (SGGW).

Because it’s worth knowing more. It’s worth testing, exploring, and discovering what other wonders nature and bees have prepared for us and how we can use this abundance wisely.

And here’s where varroa and sparrows come in.

It began with our decision to eliminate as much as possible the excess chemicals and medications used to protect bees, while still fighting varroa destructor, a parasite that feeds on bee larvae. We wanted our bees to stay healthy and for our products to stay clean.

So we started by mechanically removing combs with drone brood from the hives, since varroa particularly prefers drone cells. Why? Because drone cells remain uncapped with their larvae and royal jelly for longer than worker cells, making them more vulnerable to infestation.

What did we do with the removed combs? We gave them back to nature. To put it plainly: they went into the compost bin, along with other organic waste.

But someone else took notice. And not only noticed, but made use of it.

It was the sparrows!

Our neighbors pointed it out first.
„Why are there so many sparrows at your place?”

Indeed, there were a lot. More and more every month, every year. And they were unusually plump.

So we investigated. And we found them feasting on the compost, especially the drone brood and jelly. For the sparrow families, it was a real feast. I’d even say a kind of euphoria.

We watched closely and realized: there’s something in that drone brood and drone jelly. Something so powerful that it changed the sparrows’ habits, improved their condition, and even boosted their reproduction.

We were witnessing a sparrow baby boom!

Nature had surprised us. And I knew then it was worth looking deeper. Worth studying what we had always dismissed as waste.

From there, everything was a matter of consistency. We shared our observations with a professor at the University of Rzeszów, and she immediately said: this needs to be researched!

And so, the research began.

At first cautiously, with no grand expectations, only curiosity and humility toward nature. Samples of drone brood and jelly went to the lab.

We wanted to know not only its nutritional value, but its full biochemical profile. And whether this fragile material could be preserved without losing its properties.

And you know what?
It turned out that inside those discarded cells was… life. In its purest, richest, most energetic form.

Drone brood and jelly contained high-quality proteins, natural microdoses of hormones (testosterone, progesterone, estradiol), enzymes, acetylcholine for the nervous system, fatty acids, B vitamins, and trace elements like magnesium, zinc, iron, copper, manganese.

Was it just coincidence?
Or was it instruction?

Instruction from nature itself, showing us how to create something that supports not only sparrows, but also humans. Not only in terms of „more energy”, but truly, on the level of cell regeneration, immunity, cognition, hormonal balance, vitality.

The more we studied, the deeper we looked, the clearer it became: we were holding something extraordinary. Something to be treated with the utmost care. Not processed, not enriched, not artificially improved. Preserved. In the purest possible form.

It wasn’t easy. Many attempts, many failures, years of work. Because drone jelly is biologically active and extremely sensitive to temperature, light, oxygen, and moisture. We tried nearly everything: spray drying, freezing, lyophilization. The only thing we never tried was mixing it with preservatives, we dismissed that from the very start.

And in the end, patience paid off. We chose the most expensive but best method: freeze-drying under precisely controlled parameters of temperature, pressure, and humidity. It allowed us to preserve the natural value of the jelly without any additives.

From persistence and determination came our proprietary LioPureX™ technology, a way to make a product without compromise.

And after years of work, and months of searching for a name, Aurivia was born.

A name that brings together light, life, courage, and nature. A brand that doesn’t promise miracles, but humbly tells their story. Because they already exist. In the hive. In the work of bees. In the trust we place in nature.

And I must confess. Aurivia was not my idea. Not my personal triumph. It was born of chance, curiosity, intuition. Of support from many people. Of sparrows, who showed us we had something precious. Of science, which (when trusted) can turn observation into evidence, research into proof, and an idea into real support for health.

So was it coincidence, or science?

I believe it was both. Because miracles happen when coincidence meets attentiveness. And from that meeting, something can emerge.

Something that works.
Naturally.
Truly.
Seriously.

Podobne wpisy